But the tigers come at night
With their voices soft as thunder
As they tear your hope apart
And they turn your dream to shame
Mam jakiegoś strasznego doła. Nic mi ostatnio nie wychodzi, na żadnym polu. W szkole spieprzyłam sobie oceny z 3 przedmiotów - angielskiego (chociaż to mam nadzieję nadrobić), biologii i matmy (tego już prawdopodobnie poprawić nie zdołam). A mogłam - mogłam się bardziej starać, więcej uczyć, lepiej organizować czas. Głupia, leniwa ja. Jestem tak wściekła na siebie, że aż trudno mi to wyrazić. Pora zacząć NAPRAWDĘ od siebie wymagać. To wszystko zmierza w bardzo złym kierunku, a ja kompletnie nie czuję się na siłach, aby nadać temu inny tor, bo tak przygnębiona jestem tym, co już się dzieje. Looooser.
Waga - 55,2 kg. Stoi. Krowa jedna.
O emocjach pt. instant hug needed lepiej chyba nie wspominać. Zamknąć się w skorupie, przetrwać tak studniówkę, maturę, wakacje i liczyć, że studia coś zmienią. A jeśli nie? Znam osoby, które tego doświadczają. I cholernie się boję, że mnie też to czeka. A zresztą, ja wiem, że mnie to czeka.
K by mi pewnie powiedziała, że przesadzam i mam dać spokój, bo jestem ładna, a przynajmniej przeciętna. No cóż. Jest moją przyjaciółką. Taka jej rola. Tylko problem jest w tym, że to jest jedno wielkie kłamstwo. Wiem o tym z zasłyszanych przypadkiem rozmów, trochę za głośno wyszeptanych opinii. Nie, nie należę do przeciętnych. Zaniżam tę średnią.
50 kcal - kawa
10 kcal - guma do żucia x2
10 kcal - cukierek
100 kcal - racuchy (tyle, ile zjadłam przy gotowaniu dla rodziny, notabene dobre mi wyszły)
180 kcal - budyń
190 kcal - warzywa na patelnię
= 540 kcal






